Skip to main content
Twórczość

Z tomu: Katalog zbędnych istnień (2016)

Ostatnia opublikowana za życia autora książka to zbiór błyskotliwych, często groteskowych miniatur, w których Szarzyński z czułością i czarnym humorem pochyla się nad tym, co dziwne, marginalne i niepotrzebne. Każdy z poniższych tekstów, wybranych z tego tomu, jest precyzyjnym studium bytu, który wymyka się prostym klasyfikacjom – dowodem na to, że w archiwum rzeczywistości najciekawsze okazy to te, dla których nigdy nie znajdzie się odpowiedniej szufladki.

Człowiek, który spłacał swój dług (Szkic do opowiadania)

Widziałem go po raz pierwszy jesienią, gdy liście na bulwarach miały kolor starych monet. Stał nieruchomo w swoim długim, niemodnym płaszczu, choć dzień nie był chłodny. W dłoni nie trzymał, jak inni, torebki z czerstwym chlebem. Sięgał do głębokiej kieszeni i z namaszczeniem wyciągał monety – miedziaki, mosiężne grosze, czasem coś, co błysnęło srebrem.
Jego gest był precyzyjny i niezmienny. Unosił dłoń, pozwalał, by słońce na ułamek sekundy schwytało krążek metalu, a potem puszczał go płynnym ruchem nadgarstka. Moneta spadała z cichym, mokrym brzękiem, naruszając gładką taflę wody i płosząc łabędzie, które podpływały z nadzieją, a odpływały z tępym, ptasim niezrozumieniem.
Obserwowałem go tygodniami. Nigdy nie chybił. Nigdy się nie uśmiechnął. Rzucał tylko monety pokryte zielonkawym nalotem patyny, jakby płacił rzece za coś, co dawno temu zabrała, albo spłacał odsetki od długu zaciągniętego u sił o wiele starszych i bardziej obojętnych niż jakikolwiek bankier. A może po prostu próbował nauczyć dumne, milczące ptaki prawdziwej wartości świata, w którym nic, nawet okruch nadziei, nie jest za darmo.

Taniec na Ostatnim Przystanku

Nikt już na nią nie zwracał uwagi. Stała się częścią miejskiego pejzażu, jak pęknięta płyta chodnikowa czy gołąb o jednym oku. Codziennie, punktualnie o szesnastej, stawała przy wiacie przystanku „Teatr Stary”, choć nigdy do żadnego tramwaju nie wsiadała.
Miała na sobie wyblakłe, różowe tutu, a jej siwe, ciasno upięte włosy trzymała siatka cienka jak pajęczyna. Opierała dłoń o zimny, metalowy słup wiaty, jak o drążek baletowy. Zamykała oczy. I wtedy, na kilka minut, przestawała być staruszką. Czas cofał się posłusznie.
Jej spracowane baletki, zdartych niemal do płótna, bezbłędnie wykonywały serię plié i relevé. Była w tym absolutna, geometryczna precyzja, pamięć mięśni silniejsza niż demencja. W jej napiętym kręgosłupie i uniesionej głowie zamieszkiwał duch primabaleriny z dnia premiery Jeziora Łabędziego w 1968 roku. Wokół niej toczył się zgiełk: piszczały hamulce, dzwoniły tramwaje, ludzie wsiadali i wysiadali. A ona, z oczami zamkniętymi, ze wzrokiem utkwionym w punkcie, którego nie ma, powtarzała w nieskończoność ten sam, jeden doskonały fragment. Nie tańczyła dla nas. Tańczyła, by udowodnić, że jeden idealnie wykonany moment, jeśli powtarzać go z uporem, może trwać wiecznie, unieważniając wszystkie kolejne, nieudane przystanki życia.

Głód Lustra

Jego problem zaczął się niewinnie. Pewnego ranka, podczas golenia, zauważył w oczach swojego odbicia coś na kształt znużenia. Następnego dnia – cichej prośby. Trzeciego – głodu.
Od tamtej pory jego życie stało się rytuałem. Trzy razy dziennie zasiadał przed wielkim lustrem w przedpokoju, z talerzem i sztućcami. Nigdy nie jadł sam. Nabierał na łyżeczkę zupę lub kawałek ziemniaka i z największą ostrożnością podnosił ją w stronę lustra. Chłodny, suchy stuk łyżeczki o szkło był jedynym dźwiękiem, jaki naruszał ciszę. Patrzył z troską, jak jego lustrzany sobowtór otwiera usta. Czasem, gdy ręka mu zadrżała, cienka strużka zupy spływała po gładkiej tafli, a jemu samemu łzy napływały do oczu z poczucia winy.
„Musisz jeść”, szeptał do mężczyzny w lustrze. „Jeśli znikniesz, to co ja wtedy pocznę?”. Nie rozumiał, a może nie chciał zrozumieć, że to on sam stawał się coraz bardziej przezroczysty, chudszy z dnia na dzień. Karmił swoje odbicie, by nie umarło z głodu, w panicznym lęku, że jest tylko bladym, wtórnym istnieniem, a ten prawdziwy, żywy człowiek mieszka po drugiej stronie szkła. Czasem w nocy nachodziła go przerażająca myśl: a co, jeśli to tamten karmi jego, a on jest tylko posłusznym odbiciem, które otwiera usta, gdy zbliża się do niego łyżeczka?